Przystępując do sobotniej potyczki, pierwszej tej wiosny na obiekcie przy ulicy Łódzkiej, kaliszanie wiedzieli, że kolejne punkty stracił lider rozgrywek, LKS Ślesin, który zremisował u siebie z Orłem Mroczeń 3:3, mimo że prowadził 3:0. Wygrana z PKS-em Racot pozwalała więc zmniejszyć dystans do pierwszej w tabeli drużyny do dwóch oczek. Nie jest to jednak wygodny przeciwnik. W ubiegłym roku dwukrotnie ogrywał on kaliską jedenastkę w sytuacji, gdy ta była zdecydowanym faworytem. – Wiedzieliśmy, z jak trudnym rywalem gramy i zależało nam na tym, by przerwać wreszcie tę serię – oznajmił trener Pawlak.
KKS przeważał od samego początku, ale w pierwszej połowie ani razu nie zmusił bramkarza rywali do wykazania się swoimi umiejętnościami. – Goście szybko się cofnęli, dzielnie stawiali nam opór i przez to nie mogliśmy przebić się pod ich bramkę. Ciągle atakowaliśmy, ale brakowało tej kropki nad „i” w postaci bramki – przyznał nam Błażej Ciesielski.
W efekcie najlepszą okazję w pierwszych trzech kwadransach mieli przyjezdni. W 11. minucie po błędzie Jacka Paczkowskiego futbolówkę w polu karnym gospodarzy przejął Klaudiusz Kaźmierczak, ale przegrał on pojedynek sam na sam z Jackiem Kuświkiem. – Z takim przeciwnikiem, jak KKS, trzeba wykorzystywać każdą sytuację. Kto wie, jak potoczyłby się dalej ten mecz, gdybyśmy do przerwy prowadzili 1:0 – pyta retorycznie opiekun PKS-u, Dawid Dominiczak.
Przełomowy moment tej rywalizacji nadszedł w 51. minucie. Wówczas znakomitym podaniem Remigiusz Malicki otworzył Błażejowi Ciesielskiemu drogę do bramki, a skrzydłowy KKS-u wybornej okazji nie zmarnował. – Czekaliśmy na tego gola. Po jego zdobyciu wiedzieliśmy, że pójdzie już z górki – wyjawił nam Malicki. I rzeczywiście tak było. Bramka tchnęła w kaliszan dodatkowe pokłady energii, które przełożyły się na kolejne sytuacje. Szansę na ustrzelenie hat-tricka miał Ciesielski, jednak w 57. minucie huknął wysoko nad poprzeczką, a w 66. minucie posłał piłkę obok słupka. W obu przypadkach miał przed sobą tylko golkipera z Racotu. – Szkoda, że nie udało mi się wykorzystać tych okazji, ale na szczęście mamy w składzie napastnika, który w trudnym momencie potrafi strzelić bramkę – stwierdził Ciesielski. Tym napastnikiem jest wspomniany Remigiusz Malicki, który w sobotę zadebiutował w ligowej potyczce KKS-u. W 77. minucie ustalił on rezultat na 2:0, dobijając z bliska uderzenie w słupek Mateusza Gawlika. – Cieszę się, że rozegrałem pełne 90 minut. Gol i asysta, więc myślę, że nie było tak źle – przyznał nam skromnie pozyskany ze Szczakowianki Jaworzno snajper.
W doliczonym czasie dorobek bramkowy kaliszan mógł powiększyć Stajko Stojczew, ale nieznacznie przestrzelił, potężnie celując z woleja po wrzutce Ciesielskiego na dalszy słupek.
– Zbliżyliśmy się do lidera na dwa punkty, ale staramy się nie oglądać na przeciwników. Jeśli będziemy wygrywać mecz za meczem to osiągniemy nasz cel – zauważa Błażej Ciesielski.
W sobotę KKS zagrał bez dwóch podstawowych graczy – Konrada Chojnackiego i Marcina Lisa. Obaj jednak powinni wrócić do składu na najbliższe spotkanie, niezwykle istotne dla układu sił w czołówce IV ligi. W Wielką Sobotę kaliski zespół zagra bowiem na wyjeździe z Obrą Kościan, która traci do niego zaledwie punkt.
Michał Sobczak
Napisz komentarz
Komentarze