Dla podopiecznych Mateusza Różańskiego seria czterech z rzędu meczów poza swoją halą nie układa się pomyślnie. Przed dwoma tygodniami przegrali bowiem w Chrzanowie, a teraz nie dali rady liderowi z Opola. Sobotnią porażkę można było jednak wkalkulować, bo Gwardia w tym sezonie nie straciła jeszcze choćby punktu, a na dodatek szkoleniowiec teamu z najstarszego miasta w Polsce nie mógł desygnować do gry dwóch ważnych zawodników – bramkarza Tymona Trojańskiego i rozgrywającego Pawła Adamczaka.
Trzeba jednak przyznać, że kaliska siódemka odważnie zaczęła swoje poczynania w jaskini lwa. W początkowych fragmentach sprawiała lepsze wrażenie od faworyzowanych rywali i po 17. minutach prowadziła 10:7. Gospodarze podkręcili jednak tempo tuż przed przerwą, notując znakomitą serię 14-4. Do szatni udali się więc przy prowadzeniu 21:14. To pozwoliło im kontrolować przebieg gry w drugiej połowie, w której goście mieli niemałe problemy ze skutecznością. Przez kwadrans zdołali rzucić zaledwie dwie bramki, podczas gdy w tym samym czasie Gwardia ucelowała do siatki aż siedmiokrotnie. Grający ze swobodą gospodarze wygrali 35:21 i po finalnej syrenie mogli świętować powrót do PGNiG Superligi. Na pięć kolejek przed końcem sezonu jest już bowiem pewne, że nikt ich nie prześcignie w tabeli.
MKS utrzymał przewagę nad strefą spadkową, ale wciąż nie może być pewny miejsca w pierwszoligowych szeregach. Przed drużyną znad Prosny kolejne dwa wyjazdowe spotkania – z Olimpem Grodków (28 marca) i ŚKPR-em Świdnica (11 kwietnia). Do Areny kaliszanie wrócą dopiero 18 kwietnia na pojedynek derbowy z Ostrovią.
Michał Sobczak
Napisz komentarz
Komentarze